Gregory już na świecie - od miesiąca
hormony wracają do normy, twórcze napięcie rośnie - aby wykazać się przed nowo narodzonym synem
z tych wszystkich depresji przedporodowych i poporodowych wybuchły mi w rękach kolory - w świetle i przestrzeni chłodnego szkła
- takie szczęśliwe modułowe kajdanki - eleganckie i radosne i figlarne...
nawet "pierwszośniegowe" i "proświąteczne" też się stworzyły ;)
ktoś chce się zakuć?
poniedziałek, 5 listopada 2012
wtorek, 23 października 2012
BB...
muszę się pochwalić jaki mi w domu rośnie Bernaś Biżuteryjek :)
dorwało się dziecko do modułowych koralików mamy, do rzemieni, do łańcuszków i ozdobnych pudełeczek - i przepadło
Bernasiu Biżuterjku - mama jest dumna :)
dorwało się dziecko do modułowych koralików mamy, do rzemieni, do łańcuszków i ozdobnych pudełeczek - i przepadło
Bernasiu Biżuterjku - mama jest dumna :)
czwartek, 5 lipca 2012
wartościowanie
jak sprawdza się swoją
wartość?
czy
jeśli traktuje się nas jak powietrze, to znaczy, że jesteśmy lekkie, zwiewne,
nie można bez nas żyć?...
czy jeśli
nie widzi się naszego zmęczenia i wyczerpania, to znaczy, że jesteśmy tak czarujące,
tak urocze, że bijący od nas blask piękności przyćmiewa sińce pod oczami?...
czy
jeśli obwinia się nas o wszystko, to znaczy, że jesteśmy jak boginie -
skinienie naszego palca rzuca świat do naszych boskich stóp i marszcząc boskie
brwi ferujemy śmiertelne wyroki?...
ile
jesteśmy warte
kiedy nikomu nie zależy na wycenie?
czasami, robiąc biżuterię myślałam, że jestem wyjątkowa, że to mnie w pewien sposób wyróżnia, nawet jeśli jest zwyczajnym, w pełni łatwo dla każdego wyuczalnym nawlekaniem fragmentów łańcuszka, zaciskaniem koluszek, wytapianiem kulek na końcu srebrnego drucika... a teraz pustka
- omija mnie zapach ciasta wyciągniętego z piekarnika... coraz mniej czuję się sobą
nie wszystko można zgonić na burzę hormonów
przynajmniej Dobry Bóg zostawił nam kawę
crimson coffee
Etykiety:
Art Clay,
emalia na zimno,
granat,
kolczyki,
komplety,
myśli nieuczesane,
pozabiżuteryjnie,
srebro,
wisiorki
wtorek, 5 czerwca 2012
Przywiązana wróżka...
naszło mnie na dziwnokształty i przywiązanie. każdy łańcuszek ma coś ze średniowiecza, albo opustoszałego zamku, po którym gonią się zjawy... puste otwory do innego świata, coś z tarczy, coś z kosmicznego statku... słabość do koloru fioletowego - zamglonego w pastylkach, przejrzystego w nabitej oponce, świetlistego w równościanie cyrkonii...
taka metalowa wróżka z nieznanej książki dla trochę starszych dzieci - przywiązana, by nie znikła zbyt szybko...
Bonded Fairy
taka metalowa wróżka z nieznanej książki dla trochę starszych dzieci - przywiązana, by nie znikła zbyt szybko...
Bonded Fairy
sobota, 26 maja 2012
Fioletowy płomień
wciąż walczę z oprawą kamieni... a w deszczowe dni, takie jak dziś wypełnia mnie przekonanie, że nie daje i nigdy nie dam rady.
dlatego zaglądam do mych kolorowych szkatułek i wynajduję najpiękniejsze kamyczki - labradory, ametysty, granaty, kamienie ksieżycowe... i wyobrażam je sobie ujęte w łagodną linię srebrnej taśmy... zamawiam kawał blachy, piłkę włosową, taśmę odgrzebuję w szafie i czekam aż dotrze przesyłka.
w między czasie dzielę się z Wami Lirien - oprawą jako-taką nad, którą buchają fioletowe płomienie...
dlatego zaglądam do mych kolorowych szkatułek i wynajduję najpiękniejsze kamyczki - labradory, ametysty, granaty, kamienie ksieżycowe... i wyobrażam je sobie ujęte w łagodną linię srebrnej taśmy... zamawiam kawał blachy, piłkę włosową, taśmę odgrzebuję w szafie i czekam aż dotrze przesyłka.
w między czasie dzielę się z Wami Lirien - oprawą jako-taką nad, którą buchają fioletowe płomienie...
Etykiety:
ametyst,
Art Clay,
emalia na zimno,
naszyjniki,
oprawa kamieni,
srebro,
wisiorki
czwartek, 17 maja 2012
Drzewko życia
czasami odczuwam potrzebę infantylizmu - dziecięcej mądrości, gdzie wszechświat zamyka się w obrębie koła, trójkąta, kwadratu. a gdzieś za uszami wciąż mi ćwierkolą małe ptaszki, a na wietrze stuka melodyjnie bambusowy dzwonek... korzenie są jak macki meduz - ciągnięte ku górze, do światła. w głębinach ziemi złapały krople rubinytów i różowego kwarcu - małe embriony cudzych myśli, które mają moc wykiełkować w co zechcą.
ot - Drzewko życia, którego nie można zasadzić w ogrodzie - z dziuplą pełną malinowych lodów.
ot - Drzewko życia, którego nie można zasadzić w ogrodzie - z dziuplą pełną malinowych lodów.
Etykiety:
Art Clay,
drzewo,
kwarc różowy,
liść,
naszyjniki,
ptaki,
rubinyt,
srebro,
wisiorki
wtorek, 8 maja 2012
Nadrabianie zaległości
szkwał powoli mija, w ręce ciepła herbata, w domu cisza
otworzyłam szafkę z zapomnianymi narzędziami i plastikowymi pudełeczkami pełnymi starych minerałów...
oswajam się z poczuciem winy - zaniechanie kłuje najbardziej, gdy mija - gdy nie pozwala się mu "dojrzeć" do pełnego "porzucenia"
jeszcze nie sięga - patrzę tępo na porządek w szafce i mam wrażenie, że wszystko w niej mnie nienawidzi... szczególnie dwa labradory z osobistej wymianki, którą zaczęłam chyba ponad rok temu i skończyć do dziś nie mogę - jestem okropna
zaniechanie zaczęło się wirtualnie - przestałam pisać, wrzucać zdjęcia, wystawiać w galeriach...
muszę sobie dodać odwagi i otuchy - pomału, szczątkowo zacząć nadrabiać, rozruszać się, rozpędzić
Green Talisman
ręcznie rzeźbiony Art Clay Silver, oksyda nadająca cienie, awenturyny, kwarc szary...
nawet nie pamiętam kiedy to było
otworzyłam szafkę z zapomnianymi narzędziami i plastikowymi pudełeczkami pełnymi starych minerałów...
oswajam się z poczuciem winy - zaniechanie kłuje najbardziej, gdy mija - gdy nie pozwala się mu "dojrzeć" do pełnego "porzucenia"
jeszcze nie sięga - patrzę tępo na porządek w szafce i mam wrażenie, że wszystko w niej mnie nienawidzi... szczególnie dwa labradory z osobistej wymianki, którą zaczęłam chyba ponad rok temu i skończyć do dziś nie mogę - jestem okropna
zaniechanie zaczęło się wirtualnie - przestałam pisać, wrzucać zdjęcia, wystawiać w galeriach...
muszę sobie dodać odwagi i otuchy - pomału, szczątkowo zacząć nadrabiać, rozruszać się, rozpędzić
Green Talisman
ręcznie rzeźbiony Art Clay Silver, oksyda nadająca cienie, awenturyny, kwarc szary...
nawet nie pamiętam kiedy to było
niedziela, 6 maja 2012
Wściekłość i wrzask
... na siebie, że nie potrafię się zmobilizować,
na otoczenie, że nie potrafi mnie zmobilizować,
na pracę, że przestała mnie mobilizować do czegokolwiek (a szczególnie do pracy),
na koleżanki, że porodziły albo robią kariery i nie mają czasu zupełnie jak ja,
na kolegów, że się pożenili lub żenią i skurwiele nie zapraszają na wesela,
na kota, że wykopuje świeżo posadzone kwiatki na balkonie, n
a kościół, że przestałam do niego chodzić a kolejna niedziela,
na spożywczak na dole, że nie ma piwa bezalkoholowego
i na hormony co buzują pod czachą choć to już 16 tydzień!
w zasadzie czuję się dobrze - gdy się przytulam do Maluszka zasypiając razem z nim o ósmej wieczorem
a tak "burza w szklance wody" - zastanawialiście się kiedyś nad rozpaczliwością tego sformułowania?...
Seaborn Spirit - to co we mnie
na otoczenie, że nie potrafi mnie zmobilizować,
na pracę, że przestała mnie mobilizować do czegokolwiek (a szczególnie do pracy),
na koleżanki, że porodziły albo robią kariery i nie mają czasu zupełnie jak ja,
na kolegów, że się pożenili lub żenią i skurwiele nie zapraszają na wesela,
na kota, że wykopuje świeżo posadzone kwiatki na balkonie, n
a kościół, że przestałam do niego chodzić a kolejna niedziela,
na spożywczak na dole, że nie ma piwa bezalkoholowego
i na hormony co buzują pod czachą choć to już 16 tydzień!
w zasadzie czuję się dobrze - gdy się przytulam do Maluszka zasypiając razem z nim o ósmej wieczorem
a tak "burza w szklance wody" - zastanawialiście się kiedyś nad rozpaczliwością tego sformułowania?...
Seaborn Spirit - to co we mnie
Etykiety:
Art Clay,
morze,
muszle,
myśli nieuczesane,
naszyjniki,
perły,
srebro
niedziela, 18 września 2011
Harmonia
Harmonia we Wszechświecie musi być jednak zachowana i po spektakularnych (ze względów ilościowych) sukcesach ze swarami i czerwonymi koralikami... - mąż skasował auto; ekran dotykowy mej komórki definitywnie stwierdził, że nie chce być już macany i odmówił posłuszeństwa na amen; Berni się rozchorował i zaraził troskliwych rodziców po czym w ferworze zabawy zerwał tapetę w sypialni pod którą - jak się okazało - niczym nieskrępowany rósł sobie olbrzymi brunatno-czarny grzyb... I niech ktoś mi spróbuje wmówić, że nieszczęścia chodzą TYLKO parami!...
Toteż dopóki się nie odkatarzę i nie wygrzebię spod tego stosu przytłaczających mnie trosk - "Hamonia"... która wisi na jakże cieniutkim włosku...




Toteż dopóki się nie odkatarzę i nie wygrzebię spod tego stosu przytłaczających mnie trosk - "Hamonia"... która wisi na jakże cieniutkim włosku...




poniedziałek, 12 września 2011
Czerwone korale jako znaki na niebie i ziemi
Tom wróciła! Jeden post na trzy tygodnie... - pocieszam się jeno, że skoro ja nie mam czasu pisać to inni nie mają czasu czytać :) i w ten sposób harmonia we wszechświecie zostaje zachowana :) A usprawiedliwię się - co mi tam (ostatnio ciągle się wszędzie z wszystkiego tłumaczę to mogę i na blogu ;P - nie miałam czasu pisać gdyż... robiłam (z pomocą dzielnego małża!) przywieszki do telefonów. Myślicie pewnie - przywieszki - pffff! - ani to biżut z prawdziwego zdarzenia ani robota - bo co to to tak rach ciach śmach i jest nim człowiek okiem mrugnie!... No to życzę sobie pomrugać 2110 razy :) Jak ja zobaczyłam 2110 idealnie okrągłych (fi 1,5cm) czerwonych koralików to myślałam, że prędzej z nich basen (a la te z piłeczkami dla dzieci) Bernaszkowi zrobię, niż ponawlekam na owe zawieszki co docelowo dla Małopolskiego Instytutu Kultury z okazji Brukselskich Dni Dziedzictwa Kulturowego Małopolski (tak tak zaczynam robić się biżuteryjką międzynarodową ;) być miały. Ale udało się! :) Żałuje tylko, że całego procesu należycie nie obfotografowałam (bo ten ogrom nie do wyobrażenia godzien był uwiecznienia ;) Zaprezentuję przynajmniej przykład pojedynczy (jak ktoś chce więcej - zapraszam do Brukseli :) I mówcie i myślcie co chcecie, ale dla mnie to kolejny opatrznościowy znak, że biżuterią (nawet w ascetycznej formie prostych, a efektownych przywieszek do telefonów!) powinnam zajmować się nie tylko hobbystycznie... tylko jak to realnie w życie wprowadzić?.... Cóż zacznę od założenia, że "chcieć to móc!" ;)
czwartek, 1 września 2011
327 swarów, nawrócenie, ja, Gombrowicz i dziękczynienie :)
Dałam ciała przyznaję... Dałam du*** -żo za dużo siebie na rzecz rzeczy codziennych i konformistycznych... Spieprzyłam. Stałam się za bardzo dorosła... Zarzuciłam studia doktoranckie, podjęłam pracę w Zakładzie Farmaceutycznym (jakże kurwa renomowanie to brzmi!), wynajęłam nianię do Berniego i zaczęłam przykładnie zapierdalać wieczorami rozważając kredyt na lat 30 tudzież 35...
Ja się czasami przerażam. Ja się czasami po prostu rozwalam. A potem nagle niby nie wiadomo skąd przychodzi zdziwienie - "ale jak ja się tu znalazłam? ale co ja tu robię psze pani?"...
Na szczęście Opatrzność to Opatrzność - nawet jeśli nie wyrzuciła mnie z brzucha mamy wprost na rozgrzane śródziemnomorskim słońcem kamienie Korculi (za co boczę na Nią trochę do dziś) - wciąż jest MOJĄ Opatrznością i nie da mi zginąć... przynajmniej nie marnie ;) Sprawiła, że od pewnego dobrego Człowieka dostałam zamówienie na 109 kompletów swarów na biglach + wisiorki na łańcuszkach... w pudełeczkach słodziutkich. I jak za swarami przepadam nie bardzo (za prosto się je jak dla mnie na te bigle nawleka ;) tak majstrując przy owych 327 sztukach idealnie oszlifowanego szkła, radośnie błyskającego mi po pokoju pełnym spektrum kolorów przypomniałam sobie co tak naprawdę kocham i do czego czuję się powołana. Zatem zaczynam raz jeszcze. Przepraszam! - KONTYNUUJĘ - i mam nadzieję, że tym razem potrwa to trochę dłużej niż za pierwszym ;) Wracam do blogowania o biżutach z mocnym postanowieniem nadrobienia zaległości i świetlanymi widokami na przyszłość :) Co prawda koncepcja bloga mi się trochę zmieniła... jak i cały światopogląd ogólnie (widać to chociażby po nowych Intencjach - po prawej u góry) ;) ale cóż - widać jestem bohaterką dynamiczną... - a takich życiorysy wychodzą zawsze ciekawie :)
To na smaczek: pierwszy, najpierwszy w życiu mym twórczym "napalcnik" - Lazy afternoon/ Leniwe popołudnie - czas, który pozwala odpowiednio smakować i przemyślać życie:
Kot nazywa się Gombrowicz (tak - od TEGO Gombrowicza) a kawa jest oczywiście Vergnano :)
PS. Dziękuję Hebbe i Agnieszce i Wszystkim Wam - cierpliwym, ciepłym i serdecznym, którzy wytrwale namawialiście mnie do wyjścia z ciszy! Poczucie, że nie jest się samemu naprawdę dodaje nadludzkich sił! Dziękuję!
Etykiety:
Art Clay,
kawa,
koty,
myśli nieuczesane,
pierścionki,
srebro,
swarovski
piątek, 31 grudnia 2010
Władczo ku nowym początkom...
No! Aby dobrze zakończyć dobry rok... i aby w przyszłym roku było co najmniej równie dobrze (ale nie miałabym nic przeciwko gdyby było lepiej ;) prezentuję ostatni tegoroczny wytwór z AC – „Magnę” – kobiece insygnia władzy ubrane w purpurowy „płaszcz” granatów... ;)
Dosiego roku!
(Co prawda pierwotnie „dosiego roku” życzono sobie ponoć w Wigilię... choć osobiście uważam, że bardziej racjonalnie i adekwatnie jest życzyć w Sylwestra ;) – ku wyjaśnieniu – z „Dawnych zwyczajów krakowskich” Ambrożego Grabowskiego: „Dawniej prawie wszyscy spotykający się na ulicy życzyli sobie dosiego roku (roku Dosi, Doroty). Miała to być kobieta stuletnia, która zdrowo tego wieku dożyła i w wigilią umarła. Takie życzenie nie obeszło się bez poczęstnego i zwyczajowo też znajomi prowadzili się do szynkowni, a stąd nie było nowiną widzieć pijanych na ulicach. Teraz (r. 1840) może szkodliwy ten zwyczaj pomniejszył się, ale jeszcze i tak wychodzi ogromna masa spirytusu w Krakowie skonsumowana co miesiąc, bo jak to wiem z dobrego źródła, wypija Kraków spirytusu miesięcznie garncy 10 tysięcy.” :)
Dosiego roku!(Co prawda pierwotnie „dosiego roku” życzono sobie ponoć w Wigilię... choć osobiście uważam, że bardziej racjonalnie i adekwatnie jest życzyć w Sylwestra ;) – ku wyjaśnieniu – z „Dawnych zwyczajów krakowskich” Ambrożego Grabowskiego: „Dawniej prawie wszyscy spotykający się na ulicy życzyli sobie dosiego roku (roku Dosi, Doroty). Miała to być kobieta stuletnia, która zdrowo tego wieku dożyła i w wigilią umarła. Takie życzenie nie obeszło się bez poczęstnego i zwyczajowo też znajomi prowadzili się do szynkowni, a stąd nie było nowiną widzieć pijanych na ulicach. Teraz (r. 1840) może szkodliwy ten zwyczaj pomniejszył się, ale jeszcze i tak wychodzi ogromna masa spirytusu w Krakowie skonsumowana co miesiąc, bo jak to wiem z dobrego źródła, wypija Kraków spirytusu miesięcznie garncy 10 tysięcy.” :)
Etykiety:
Art Clay,
kolczyki,
mądrość przysłów,
myśli nieuczesane
wtorek, 28 grudnia 2010
Sylwestrowe wyzwanie };->
I tak miesiąc grudzień zdobył tytuł Miesiąca Wyzwań! Panie i Panowie przedstawiam Kamę – wspaniałą kobietę z absolutnie niecodzienną wyobraźnią i odważnym i otwartym sercem – mą serdeczną przyjaciółkę i towarzyszkę wielu szalonych pomysłów z radością prowadzanych w czyn. Otóż Kama podczas naszej ostatniej rozmowy telefonicznej zagadnęła niby mimochodem: „słuchaj Zuzka ty dalej zajmujesz się tą biżuterią?...” – pytanie pierwej wydało mi się z deka obraźliwe, ale zważywszy, że z powodów niezależnych nie widziałyśmy się ponad rok puściłam je płazem i oburzenie zamieniając w nonszalancję rzekłam: „ano”. To pociągnęło wątek dalej: „słuchaj a nie zrobiłabyś mi takich kolczyków jakie miała Tina Turner w Mad Maxie, bo przebieram się za nią na sylwestra, a jak łaziłam po różnych sklepach to nigdzie nic nawet na krztynę podobnego nie ma”. Byłam zachwycona! Od razu pomyślałam, że chociaż o „własnym” (w sensie takim, w którym mogłabym osobiście uczestniczyć) przebieranym sylwestrze w tym roku mogę pomarzyć (Berni jest jeszcze za malutki i za bardzo lubi moje mleczko by zostawić go na całą noc z dziadkami) – to chociaż „duchem zaklętym w artefakcie” obecna będę – dyndając u Kamilowych uszu :) Zgodziłam się w przedbiegach - uradowana, rozentuzjazmowana i (choć oglądałam Mad Maxa – wszystkie części – ale wieki temu) nie mająca bladego pojęcia na co się porywam... Równie podekscytowana Kama rzekła jeno: „to wpisz sobie w grafice google – „tina mad max”. Wszystkim, którzy nie pamiętają jak wyglądała Aunty Entity, w którą wcieliła się Tina Turner – zalecam przerwać czytanie i skorzystać z powyższej instrukcji...
Macie?... i jak?... szczena opadła?... - ja jak zobaczyłam wyniki rzekłam se tylko w duchu: „o ja pie..... -ńćset godzin chyba mi zejdzie na wykombinowaniu jak i z czego te kolce (które jak się dobrze przyjrzeć tak właściwie kolcami wcale nie są, tylko dyndają sobie podwieszone do opaski na czole) są zrobione, nie wspominając o czasie i pomyśle JAK je zrobię ja”. Zaraz capnęłam za telefon- wykręciłam numer Kamy i jęłam łajać: „toś dogięła! toś se strój wykombinowała! toś wymyśliła przebranie! większych kolców nie łaska było se wyszukać?! i z czego niby ja mam to zrobić?! i jak?! i przed sylwestrem?!” itd. itp. itd... ale jako, że znamy się nie od wczoraj Kama dobrze wiedziała, że wiązanka tego typu z ust mych płynąca jest oznaką niczego innego jak twórczego szału, amoku inspiracyjnego, dajmoniona pląsającego wśród rozedrganych z podniecenia neuronów... No, bom się rozgadała nie ochłonąwszy jeszcze ze wszystkich wrażeń tego wyzwania – przechodząc do sedna – (w tym miejscu pragniemy z Kamą podziękować memu Tacie – jak z bloga wiecie od zarania czynnie zaangażowanemu w me biżuteryjne, decoupage’owe i wszelkie manualne poczynanie – za wynalezienie w czeluściach piwnicy obfitej siaty z długimi, giętkimi, srebrnymi kablami telefonicznymi o gwiezdnie-metalicznym połysku...) ... - i kolce stały się! Przedstawiam Wam (choć jeszcze bez balowej kiecki) „Aunty Entity 2010”!!! (Po północy przemianujemy tę wersję na „2011” ;)


Macie?... i jak?... szczena opadła?... - ja jak zobaczyłam wyniki rzekłam se tylko w duchu: „o ja pie..... -ńćset godzin chyba mi zejdzie na wykombinowaniu jak i z czego te kolce (które jak się dobrze przyjrzeć tak właściwie kolcami wcale nie są, tylko dyndają sobie podwieszone do opaski na czole) są zrobione, nie wspominając o czasie i pomyśle JAK je zrobię ja”. Zaraz capnęłam za telefon- wykręciłam numer Kamy i jęłam łajać: „toś dogięła! toś se strój wykombinowała! toś wymyśliła przebranie! większych kolców nie łaska było se wyszukać?! i z czego niby ja mam to zrobić?! i jak?! i przed sylwestrem?!” itd. itp. itd... ale jako, że znamy się nie od wczoraj Kama dobrze wiedziała, że wiązanka tego typu z ust mych płynąca jest oznaką niczego innego jak twórczego szału, amoku inspiracyjnego, dajmoniona pląsającego wśród rozedrganych z podniecenia neuronów... No, bom się rozgadała nie ochłonąwszy jeszcze ze wszystkich wrażeń tego wyzwania – przechodząc do sedna – (w tym miejscu pragniemy z Kamą podziękować memu Tacie – jak z bloga wiecie od zarania czynnie zaangażowanemu w me biżuteryjne, decoupage’owe i wszelkie manualne poczynanie – za wynalezienie w czeluściach piwnicy obfitej siaty z długimi, giętkimi, srebrnymi kablami telefonicznymi o gwiezdnie-metalicznym połysku...) ... - i kolce stały się! Przedstawiam Wam (choć jeszcze bez balowej kiecki) „Aunty Entity 2010”!!! (Po północy przemianujemy tę wersję na „2011” ;)


piątek, 24 grudnia 2010
Świąteczne zwyklaczki dla niezwykłych mam...
Po raz kolejny przekonałam się (na własnej skórze), że okazane dobro wraca w dwujnasób... I nie jest to tylko „Bożonarodzeniowa magia Świąt” – tak dzieje się zawsze – w grudniu, w styczniu, w maju, w lipcu... Za każdym razem, kiedy oddajemy iskrę z siebie - następnej nocy możemy podziwiać za oknem całą chmarę świetlików... I to jest fakt. Przedwczoraj zawalona świątecznymi obowiązkami (brudne okna, brudne kafelki w kuchni, brudna kuchenka, brudne podłogi, zakurzone meble, obpaćkane przez Bernaszka lustra, nie upieczone ciasta, mama czekająca na ratunek z uszkami etc. etc.... ), nie wiedząc w co ręce włożyć, włożyłam je oczywiście (jak to ja) w szklane koraliki, jubilerskie linki i posrebrzane półfabrykaty :) I pełna wyrzutów sumienia, że trwonię cenny czas na błyskotki, co chwila wmawiałam memu kochanemu małżowi zajmującemu się naszym kochanym Pędraczkiem, że jestem nieodpowiedzialną, nierozsądną, niepożyteczną żoną... ale nie mogę – no nie mogę przestać biżuteryjkować!... Zaś małż, niczym biblijny mędrzec ze wschodu – ze stoickim spokojem sobie właściwym –odrzekł: rób, co masz robić. I tak dzień 22 grudnia 2010 roku w 70% zleciał mi na wymyśleniu, zrealizowaniu, zapakowaniu i dostarczeniu tych oto pięciu zwyklaczkowych komplecików dla pięciu zupełnie niezwykłych, dzielnych, samotnych mam :)




Oczywiście, gdy skończyłam było już późno, ja byłam zmęczona, Mała Marudka oddawała się swej ulubionej czynności - czyli rozkosznemu marudzeniu, małż pojechał naprawiać auto (rozbite przeze mnie w feralne mikołajki) i o sprzątaniu, pieczeniu czy czymkolwiek inaczej „świątecznie pożytecznym” nie było już mowy. Dzień minął „jak z bicza strzelił” – miałam wrażenie, że coś się zegarom pomyliło i zamiast 24h odmierzyły błyskawicznie może z 6... i nieco zła na siebie, nieco z siebie zadowolona, nieco przerażona jak ja to wszystko, czego dziś nie wykonałam i co na jutro mam przewidziane zdarzę zrobić przed wigilią... - poszłam spać. I zdążyłam – zdążyłam zrobić wszyściutko! Ba – więcej i jeszcze kładłam się spać umiarkowanie zmęczona! 23 grudnia zamiast 24 godzin miał ich chyba z 60!!! I odczułam to nie tylko ja – to samo, zupełnie niezależnie stwierdził mój drogi, mędrcowaty TŻ! A Mała Marudka była najcudowniejszym, najgrzeczniejszym, najspokojniejszym aniołkiem na całym bożym świecie :)
Dobro powraca! (także to biżuteryjne hehe)
Wesołych Świąt!




Oczywiście, gdy skończyłam było już późno, ja byłam zmęczona, Mała Marudka oddawała się swej ulubionej czynności - czyli rozkosznemu marudzeniu, małż pojechał naprawiać auto (rozbite przeze mnie w feralne mikołajki) i o sprzątaniu, pieczeniu czy czymkolwiek inaczej „świątecznie pożytecznym” nie było już mowy. Dzień minął „jak z bicza strzelił” – miałam wrażenie, że coś się zegarom pomyliło i zamiast 24h odmierzyły błyskawicznie może z 6... i nieco zła na siebie, nieco z siebie zadowolona, nieco przerażona jak ja to wszystko, czego dziś nie wykonałam i co na jutro mam przewidziane zdarzę zrobić przed wigilią... - poszłam spać. I zdążyłam – zdążyłam zrobić wszyściutko! Ba – więcej i jeszcze kładłam się spać umiarkowanie zmęczona! 23 grudnia zamiast 24 godzin miał ich chyba z 60!!! I odczułam to nie tylko ja – to samo, zupełnie niezależnie stwierdził mój drogi, mędrcowaty TŻ! A Mała Marudka była najcudowniejszym, najgrzeczniejszym, najspokojniejszym aniołkiem na całym bożym świecie :)Dobro powraca! (także to biżuteryjne hehe)
Wesołych Świąt!
Etykiety:
kolczyki,
komplety,
mądrość przysłów,
myśli nieuczesane,
naszyjniki
sobota, 18 grudnia 2010
Fabryka bombek...
Nie wiem, czy pamiętacie pierwszy gag Laskowika i Smolenia o Pani Pelagii?... – klasyka. (a w ramach przedświąteczno-porządkowego odkurzania i odświerzania proszę bardzo - zerknąć TUTAJ) Otóż i jam przedwczoraj w podwojach mego mieszkania otworzyła (kolejną) fabrykę - tym razem bombek :) Inicjatorką i pomysłodawczynią tak szlachetnego i w okresie świątecznym nader pożądanego procesu produkcyjnego była Agnieszka – od lat specjalizująca się (między innymi) w bombkach wstąrzeczkowych (powalająca siła rażenia)
Agnieszkowa bombka wstążeczkowa której jestem szczęśliwym posiadaczem :)
– posiadłszy tajniki owej techniki zapragnęła czegoś nowego (wiadomo wyścig zbrojeń trwa!) i sięgnąwszy po telefon, a numer do mnie wykręciwszy zagadnęła szyfrem – „deku-twe-zegary-pażowe-bardzo-się-mnie-wydają-twarzowe-zawrzyjmny-zatem-umowę-na-deku-bombki-pażowe” – a przynajmniej w mej pamięci tak to się utrwaliło ;) Jako dziewczę o skłonnosciach (czasami) pasyfistycznych, a w ogóle stworzenie łagodne i ufnie nastawione do świata pierwej odniosłam się do propozycji z dystansem – że ja do tej pory dekupażowałam jeno na drewnie i jeno na płaskim i jeno zegary (bez żadnych zapalników)... – ale nim zdążyłam to zwerbalizować żądza nowego wyzwania wzięłą górę i już w myślach stawiałam gmach naszej nowej wspaniałej fabryki bombek! I tu pojawia się mały problem – gdyż oczywiście wszystkie działania były ściśle tajne, a wyjawienie choćby rąbka tajemnicy może się wiązać z naruszeniem zasad bezpieczeństwa decoupażowego i postawieniem zatrzutów zdrady stanu.... ale co tam! – Idą Święta! :) Zatem przeszmuglowałam nieco zdjęć odebranych szpiegom ;)
Muszę przyznać, że wcale nie było tak łatwo, jak się spodziewałam – jednak malowanie/decoupagowanie na płaskim jest o wiele łatwiejsze i przyjemniejsze niż na formach kulistych (a! – bo z naszej fabryki wychodził asortyment niestety skromniejszy niż z miejsca pracy Pani Pelagii – żadnych grzybów ani cygar – tylko kuliste ;) Nie wspomnę już, że prześwitująca przez farbę faktura drewna (przynajmniej dla mnie) jest atutem, natomiast prześwitujący styropian już nie koniecznie... a z bombek plastikowych bałam się, że farba będzie schodzić – choć na szczęście me obawy okazały się płonne. Najgorzej było z werniksem do spękań, którego trzeba nałożyć dosyć „grubą” warstwę aby spękania ładnie wyszły – ten jednakże nie chciał słuchać rozkazów i nawet straszenie rozstrzelaniem niewiele pomogło i wciąż spływał w dół bombki (czemu z punktu widzenia praw fizyki nie należy się jednak dziwić). Potem wytoczyłyśmy ciężką amunicję łatworozpylnego brokatu (do dziś znajduję jego szczątki po całym mieszkaniu :) i... wszystko zamieniłyśmy w pył! – gwiezdno-śnieżny :) Mam nadzieję, że rezultaty uznacie za bombowe ;)
Agnieszkowa bombka wstążeczkowa której jestem szczęśliwym posiadaczem :)– posiadłszy tajniki owej techniki zapragnęła czegoś nowego (wiadomo wyścig zbrojeń trwa!) i sięgnąwszy po telefon, a numer do mnie wykręciwszy zagadnęła szyfrem – „deku-twe-zegary-pażowe-bardzo-się-mnie-wydają-twarzowe-zawrzyjmny-zatem-umowę-na-deku-bombki-pażowe” – a przynajmniej w mej pamięci tak to się utrwaliło ;) Jako dziewczę o skłonnosciach (czasami) pasyfistycznych, a w ogóle stworzenie łagodne i ufnie nastawione do świata pierwej odniosłam się do propozycji z dystansem – że ja do tej pory dekupażowałam jeno na drewnie i jeno na płaskim i jeno zegary (bez żadnych zapalników)... – ale nim zdążyłam to zwerbalizować żądza nowego wyzwania wzięłą górę i już w myślach stawiałam gmach naszej nowej wspaniałej fabryki bombek! I tu pojawia się mały problem – gdyż oczywiście wszystkie działania były ściśle tajne, a wyjawienie choćby rąbka tajemnicy może się wiązać z naruszeniem zasad bezpieczeństwa decoupażowego i postawieniem zatrzutów zdrady stanu.... ale co tam! – Idą Święta! :) Zatem przeszmuglowałam nieco zdjęć odebranych szpiegom ;)
Muszę przyznać, że wcale nie było tak łatwo, jak się spodziewałam – jednak malowanie/decoupagowanie na płaskim jest o wiele łatwiejsze i przyjemniejsze niż na formach kulistych (a! – bo z naszej fabryki wychodził asortyment niestety skromniejszy niż z miejsca pracy Pani Pelagii – żadnych grzybów ani cygar – tylko kuliste ;) Nie wspomnę już, że prześwitująca przez farbę faktura drewna (przynajmniej dla mnie) jest atutem, natomiast prześwitujący styropian już nie koniecznie... a z bombek plastikowych bałam się, że farba będzie schodzić – choć na szczęście me obawy okazały się płonne. Najgorzej było z werniksem do spękań, którego trzeba nałożyć dosyć „grubą” warstwę aby spękania ładnie wyszły – ten jednakże nie chciał słuchać rozkazów i nawet straszenie rozstrzelaniem niewiele pomogło i wciąż spływał w dół bombki (czemu z punktu widzenia praw fizyki nie należy się jednak dziwić). Potem wytoczyłyśmy ciężką amunicję łatworozpylnego brokatu (do dziś znajduję jego szczątki po całym mieszkaniu :) i... wszystko zamieniłyśmy w pył! – gwiezdno-śnieżny :) Mam nadzieję, że rezultaty uznacie za bombowe ;)
środa, 15 grudnia 2010
Opatrznościowa dekapitacja Aniołka, w której na pewno maczał palce Woland... (cz.2)
Totalnie pijana już ze szczęścia (patrz post z wczoraj) powróciłam jednakowoż do wyboru procentów godnych wypicia z okazji tak niesamowicie, niewypowiedzianie, nieprzypuszczalnie dotąd wspanialej okazji... i gdy po kilku dniach (wszak wybór był ciężki) już już prawie puchar podstawiałam pod truskawkowe Fiore (wszak smak truskawek zimą niezastąpionym jest) maila dostałam od Pani z Galerii Vena – anielica Weronika znalazła swoją właścicielkę – a wyniki naszego rankingu przemalować należało na 2:1 dla „reala” (nie mylić z Realem Madryt)! Puszyłam się, puszyłam się i rozpękałam się z dumy i zapowietrzałam się z autozachwytu i nos zadzierałam nad chmury i w ogóle półbożyszczem zdawało mi się że jestem...
Weronika
Na szczęście Opatrzność w takich chwilach nade mną czuwa i wzgląd ma na mego TŻ i Małego Bernaszka, którym zapewne byłoby niezmiernie smutno, gdyby ich żona i matka się rozpękła tudzież zapowietrzyła tudzież za bardzo zadarła... i! – po kilku dobach dumy i samouwielbienia... -Weronice odpadła głowa. (Dekapitacja aniołka to trochę radykalny sposób na upomnienie niewinnie zadufanej początkującej biżuteryjki, no ale nie wnikam...) Jak przeczytałam to w mailu najpierw wzięłam za żart, ale nauczona „Smoleńskiem” (który wpierw również uważałam za nieterminowy prima aprilis) szybko się otrząsnęłam – wpadłam w rozpacz, przerażenie i czarną dziurę. Na szczęście wszystko się dobrze skończyło - Weronika została szybko naprawiona przez jakiegoś znajomego jubilera, ale „w GŁOWĘ” zachodzę jak ta głowa mogła odpaść???!!! Jeszcze gdyby odpadła sama zawieszka (w sensie drucik przymocowany do AC) to jestem w stanie to sobie wyobrazić ale cała głowa?! A była porządnie połączona z korpusem – zachodziła na niego i jeszcze umocniłam wszystko dodatkowo AC pastą – płaszczyzna połączenia była całkiem spora... no może jakoś niefortunnie spadła... ale przecież nawet w takiej sytuacji AC bez problemu powinno wytrzymać (sama kilkakrotnie upuściłam różne naszyjniki i nigdy nic się nie stało!) Było mi tak wstyd (choć z drugiej strony cały czas czuję bunt – przeanalizowałam wszystkie kroki jakie wykonałam przy robieniu Weroniki i wierzę, że to nie moja wina!...) że chciałam schować głowę w piasek a resztę siebie pod kołdrę, zabrać wszystkie biżutki z wszystkich galerii i w ramach umartwiania i pokuty przerobić na ozdoby choinkowe... Pani z Veny widząc me bezdenne przerażenie i nieokiełznaną skruchę z lekkim uśmiechem, tajemniczo rzekła: „proszę się nie przejmować – nie takie rzeczy się u mnie działy” – a był w jej oku błysk ślepi Wolanda...
W każdym bądź razie – powoli odzyskuję równowagę psychiczną (od ekstazy przez załamkę do stoicyzmu) – ale nauczona tym incydentem powzięłam mocne postanowienie, że skoro moje prace się wreszcie sprzedają... muszą być „klientoodporne”... i wszystkie dotychczasowe wyroby poddałam bezlitosnym próbom przeróżnym mającym na celu wykryć ewentualne „ukryte wady” – i jeśli trzeba będzie wszystko będę lutować raz jeszcze - ale już żadnemu aniołkowi nie dam głowy ukręcić! Szczególnie na Święta! ;)
WeronikaNa szczęście Opatrzność w takich chwilach nade mną czuwa i wzgląd ma na mego TŻ i Małego Bernaszka, którym zapewne byłoby niezmiernie smutno, gdyby ich żona i matka się rozpękła tudzież zapowietrzyła tudzież za bardzo zadarła... i! – po kilku dobach dumy i samouwielbienia... -Weronice odpadła głowa. (Dekapitacja aniołka to trochę radykalny sposób na upomnienie niewinnie zadufanej początkującej biżuteryjki, no ale nie wnikam...) Jak przeczytałam to w mailu najpierw wzięłam za żart, ale nauczona „Smoleńskiem” (który wpierw również uważałam za nieterminowy prima aprilis) szybko się otrząsnęłam – wpadłam w rozpacz, przerażenie i czarną dziurę. Na szczęście wszystko się dobrze skończyło - Weronika została szybko naprawiona przez jakiegoś znajomego jubilera, ale „w GŁOWĘ” zachodzę jak ta głowa mogła odpaść???!!! Jeszcze gdyby odpadła sama zawieszka (w sensie drucik przymocowany do AC) to jestem w stanie to sobie wyobrazić ale cała głowa?! A była porządnie połączona z korpusem – zachodziła na niego i jeszcze umocniłam wszystko dodatkowo AC pastą – płaszczyzna połączenia była całkiem spora... no może jakoś niefortunnie spadła... ale przecież nawet w takiej sytuacji AC bez problemu powinno wytrzymać (sama kilkakrotnie upuściłam różne naszyjniki i nigdy nic się nie stało!) Było mi tak wstyd (choć z drugiej strony cały czas czuję bunt – przeanalizowałam wszystkie kroki jakie wykonałam przy robieniu Weroniki i wierzę, że to nie moja wina!...) że chciałam schować głowę w piasek a resztę siebie pod kołdrę, zabrać wszystkie biżutki z wszystkich galerii i w ramach umartwiania i pokuty przerobić na ozdoby choinkowe... Pani z Veny widząc me bezdenne przerażenie i nieokiełznaną skruchę z lekkim uśmiechem, tajemniczo rzekła: „proszę się nie przejmować – nie takie rzeczy się u mnie działy” – a był w jej oku błysk ślepi Wolanda...
W każdym bądź razie – powoli odzyskuję równowagę psychiczną (od ekstazy przez załamkę do stoicyzmu) – ale nauczona tym incydentem powzięłam mocne postanowienie, że skoro moje prace się wreszcie sprzedają... muszą być „klientoodporne”... i wszystkie dotychczasowe wyroby poddałam bezlitosnym próbom przeróżnym mającym na celu wykryć ewentualne „ukryte wady” – i jeśli trzeba będzie wszystko będę lutować raz jeszcze - ale już żadnemu aniołkowi nie dam głowy ukręcić! Szczególnie na Święta! ;)
Etykiety:
Art Clay,
biznes,
myśli nieuczesane,
naszyjniki
wtorek, 14 grudnia 2010
Pierwsze koty za płoty! - czyli Poranne Spotkanie Łez Frei z nowymi właścicielkami :) (cz.1)
Ha! Udało się! Udało się! Zawsze wierzyłam, że kiedyś się uda! W oparach świątecznego nastroju (sceptycy rzekną – chyba w kłębach siarczków siarczystego mrozu!), w duchu zbliżających się mikołajek (sceptycy rzekną – w okresie kulturowo zwiększonego popytu na przedmioty potencjalnie prezentowe – a co za tym idzie w okresie zmniejszonej „wrażliwości konsumenckiej”!), w zaciszu zabierzowskiej Galerii Vena (sceptycy rzekną – no tu trza rację przyznać, że cudem Boskim jest iż, w tej mikroskopijnej galeryjce –skądinąd ładnie urządzonej acz wciąż mikroskopijej- bokiem „przycupłej” przy kasach supermarketu Avia, w małej, przejazdowej, podkrakowskiej wiosce cokolwiek się sprzedaje!) sprzedały się za cenę mnie satysfakcjonującą, podnoszącą mi morale i napawającą mnie pierwocinami biżuteryjno-biznesowej dumy (sceptycy rzekną – może ci na tydzień na waciki wystarczy...) Łzy Frei!!! :)
(moda na gronka robi swoje ;) Oczywiście na całym mym otoczeniu większe wrażenie zrobiła forma mej radości (skakanie od jednego końca korytarza do drugiego) niż samo wydarzenie, które ją wywołało – czyli – moja pierwsza, najpierwsza, otwierająca drzwi biżuteryjnego biznesu, przecierająca szlaki przyszłemu, wielkiemu sukcesowi finansowemu...- sprzedaż mojego, najmojszego, osobistego, własnego i własnoręcznie zaprojektowanego, wykonanego i wykończonego wyrobu z AC! (Czuję, że podzielając mą radość podzielacie również zdziwienie mego otoczenia - jak zdarzenie tak codzienne, potoczne, w miarę oczywiste i łatwe do przewidzenia (dla niektórych już wręcz zpowszedniałe i „zszarzałe”) może wywołać tyle emocji i szumu wokół... ale dajcie spokój – idą Święta! ;) Co więcej – na tym nie koniec! Jeszcze nie zdążyłam wybrać między czerwoną pół-wytrawną Villą Julią, nie pasteryzowanym Kasztelanem, truskawkowym Fiore bądź jagodzianką narumną produkcji własnej (wszak wiadomo – T A K I sukces trza opić!) – kiedy dostałam niespodziewanego a iście break event’owego maila od przemiłej i przepięknie komplementującej Pani Anny, która w miodnie dla mnie brzmiących słowach wyraziła podziw dla kunsztu mego a chęć nabycia jego efektów w postaci kolczyków Morning Meeting.
Pani Anna zaznajomiła się z pracami moimi na digarcie toteż sprzedaż/kupno odbyła się drogą mailową bez pośrednictwa galerii (do żadnej z resztą tych kolczyków nie zdążyłam jeszcze wystawić) – ale jakby nie było - w klasyfikacji „real” vs „virtual” doszło do wyrównania – 1:1......
c.d.n....
(moda na gronka robi swoje ;) Oczywiście na całym mym otoczeniu większe wrażenie zrobiła forma mej radości (skakanie od jednego końca korytarza do drugiego) niż samo wydarzenie, które ją wywołało – czyli – moja pierwsza, najpierwsza, otwierająca drzwi biżuteryjnego biznesu, przecierająca szlaki przyszłemu, wielkiemu sukcesowi finansowemu...- sprzedaż mojego, najmojszego, osobistego, własnego i własnoręcznie zaprojektowanego, wykonanego i wykończonego wyrobu z AC! (Czuję, że podzielając mą radość podzielacie również zdziwienie mego otoczenia - jak zdarzenie tak codzienne, potoczne, w miarę oczywiste i łatwe do przewidzenia (dla niektórych już wręcz zpowszedniałe i „zszarzałe”) może wywołać tyle emocji i szumu wokół... ale dajcie spokój – idą Święta! ;) Co więcej – na tym nie koniec! Jeszcze nie zdążyłam wybrać między czerwoną pół-wytrawną Villą Julią, nie pasteryzowanym Kasztelanem, truskawkowym Fiore bądź jagodzianką narumną produkcji własnej (wszak wiadomo – T A K I sukces trza opić!) – kiedy dostałam niespodziewanego a iście break event’owego maila od przemiłej i przepięknie komplementującej Pani Anny, która w miodnie dla mnie brzmiących słowach wyraziła podziw dla kunsztu mego a chęć nabycia jego efektów w postaci kolczyków Morning Meeting.
Pani Anna zaznajomiła się z pracami moimi na digarcie toteż sprzedaż/kupno odbyła się drogą mailową bez pośrednictwa galerii (do żadnej z resztą tych kolczyków nie zdążyłam jeszcze wystawić) – ale jakby nie było - w klasyfikacji „real” vs „virtual” doszło do wyrównania – 1:1......c.d.n....
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























