(moda na gronka robi swoje ;) Oczywiście na całym mym otoczeniu większe wrażenie zrobiła forma mej radości (skakanie od jednego końca korytarza do drugiego) niż samo wydarzenie, które ją wywołało – czyli – moja pierwsza, najpierwsza, otwierająca drzwi biżuteryjnego biznesu, przecierająca szlaki przyszłemu, wielkiemu sukcesowi finansowemu...- sprzedaż mojego, najmojszego, osobistego, własnego i własnoręcznie zaprojektowanego, wykonanego i wykończonego wyrobu z AC! (Czuję, że podzielając mą radość podzielacie również zdziwienie mego otoczenia - jak zdarzenie tak codzienne, potoczne, w miarę oczywiste i łatwe do przewidzenia (dla niektórych już wręcz zpowszedniałe i „zszarzałe”) może wywołać tyle emocji i szumu wokół... ale dajcie spokój – idą Święta! ;) Co więcej – na tym nie koniec! Jeszcze nie zdążyłam wybrać między czerwoną pół-wytrawną Villą Julią, nie pasteryzowanym Kasztelanem, truskawkowym Fiore bądź jagodzianką narumną produkcji własnej (wszak wiadomo – T A K I sukces trza opić!) – kiedy dostałam niespodziewanego a iście break event’owego maila od przemiłej i przepięknie komplementującej Pani Anny, która w miodnie dla mnie brzmiących słowach wyraziła podziw dla kunsztu mego a chęć nabycia jego efektów w postaci kolczyków Morning Meeting.
Pani Anna zaznajomiła się z pracami moimi na digarcie toteż sprzedaż/kupno odbyła się drogą mailową bez pośrednictwa galerii (do żadnej z resztą tych kolczyków nie zdążyłam jeszcze wystawić) – ale jakby nie było - w klasyfikacji „real” vs „virtual” doszło do wyrównania – 1:1......c.d.n....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz