(no przeczytałam com napisała i teraz to już pewna jestem, że jesteście pewni, że biorę grzybki... – ale tak nie jest :)
To jest jak... To są te chwile, kiedy całym ciałem czuje się, że jest się właściwym człowiekiem, we właściwym miejscu o właściwym czasie. I w zasadzie nie ma w tym nic mistycznego, nic „magicznego”, nic spirytualistycznego – tylko realna, zmysłowo odczuwalna radość z czysto fizycznego, perfekcyjnego zgrania czasu, miejsca i postaci. Polonistycznie rzecz ujmując – „akcja doskonała”... Płynnie wpleciona w wątek z przeszłym, wielkim oczekiwaniem i przyszłymi równie wielkimi nadziejami... A plan owej akcji nazywał się tym razem „Wystawa i giełda minerałów, skamieniałości i wyrobów jubilerskich na Akademii Ekonomicznej w Krtakowie wejście od ul. Lubomirskiego” :) To tak o – chciałam się podzielić mym błogostanem. :)
Akcja (jako że doskonała) była oczywiście z pazurem - pełna niebezpieczeństw popadnięcia w długi; brawurowych scen kaskaderskich dopychania się do stoisk oblegniętych przez wrogie masy z pełnymi portfelami chcące wykupić mi absolutnie wszystko; groźnie wyglądających cen oraz prawdziwie drapieżnych wystawców... Wszystko zakończyło się jednak (oczywiście) happy-enedem dzięki czemu wśród napisów końcowych mogę się pochwalić upolowanym (a jego części składowe trza było wykopać spod lad, paneli i stosów kamoli) „Skarbem labradorytowej wojowniczki” (to ja :):

U góry najpiękniejsze z pięknych - Labradory (nazwa pochodzi od kanadyjskiego półwyspu Labrador, gdzie zostały "odkryte". Starałam się sfotografować je pod różnym kontem, aby choć w ułamku oddać jak magicznie mienią się w głębi, choć gdy spojrzeć na nie "od frontu" - na ich powierzchnię - są po prostu szare... szare kamienie z wewnętrznym ogniem... - jestem w tej fazie zachwytu nimi, że bardziej podobają mi się chyba jeno diamenty :) Niżej od lewej - owalny Turmalin (niestety zdjęcie nawet w 1% nie oddaje jego piękna - delikatnej zielonkawo-malinowej, niemal pachnącej świeżymi owocami! barwy z błyszczącymi, drobnymi inkluzjami - niczym pierwszym szronem zamkniętym w środku... - na turmaliny (zwłaszcza szlifowane) ciężko chorowałam w okresie mego narzeczeństwa, ale niestety nigdy się żadnego nie doczekałam (rozumiem, że z racji zbliżającego się diamentu... ;) więc ten kupiłam z myślą o sobie - na jakiś osobisty, delikatny naszyjnik... ale kto wie co z tego wyjdzie...) Obok Turmalinu - ciemno-winny granat ("Granat - łac. "ziarno" - zawdzięcza swą nazwę niemal okrągłym kryształom... lub podobieństwu do czerwonych kwiatów drzewa granatowego" - to były mądrości z mego urodzinowego prezentu, a mi osobiście granaty zawsze kojarzyły się ziarnami granatów - mych (zaraz po figach) najulubieńszych owoców...) Dalej - Ametysty ("najbardziej cenione kamienie z grupy kwarcu"), bardzo popularne (ale nigdy nie "wyświechtane"!) ze względu na swą modną, ale i hipnotyzujaco-przyciągającą barwę. Ich nazwa oznacza „trzeźwy” :) a w starożytności uchodziły za amulety przeciwko pijaństwu (i już w głowie uknułam niecny plan hurtowej sprzedaży ametystowej biżuterii do klubów AA!!! buehehehe! ;) A na końcu – Kamienie książycowe („Skaleń potasowy wykazujący białą migotliwość przypominającą światło Księżyca – tzw. adularescencję” – sama bym tego lepiej nie ujęła ;) i cztery łezki opalu syntetycznego, którym nie potrafiłam się oprzeć :)
Musicie przyznać, iż zacne to zdobycze do ćwiczeń oprawczych (buehehehehe – złowieszczy śmiech czarnego maga tworzącego cargi) i wreszcie będę miała w czym wybierać. :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz